Był taki czas...

kresy001Urodziłem się w grudniu 1943 roku w Dżurkowie, powiat Kołomyja, województwo Stanisławów. Miejsce moich narodzin po raz pierwszy odwiedziłem w 1977 roku. Pojechałem tam z moimi starszymi braćmi: Józefem (na zdjęciu) i Stefanem. Brat Józef, najstarszy, najlepiej pamiętał wieś i tamten czas, drogi i ścieżki, po których chodził w dzieciństwie i w czasach młodości. Ja nie pamiętam nic, ponieważ byłem za mały, by cokolwiek pamiętać.

Tak zaczynają się wspomnienia Franciszka Faściszewskiego, spisane przez Józefa Żarskiego.

kresy005

Opowiadania naszej mamy o Dżurkowie i innych miejscowościach, o sąsiadach i rodzinie były tak często powtarzane w Kamieniu Małym i z taką dokładnością, że oczami mojej wyobraźni widziałem życie mieszkańców Dżurkowa i okolic. Przede mną stawały te żyzne pola, strumyki i rzeka Czerniawa oraz mieszkający tam ludzie. Z relacji mamy wnioskowałem, że ludzie tam żyli ze sobą zgodnie: Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Jako dziecko słuchałem chętnie i z ciekawością o latach młodości mamy, o sąsiadach i pierwszych uczuciach do mojego taty. Wydawało im się wtedy, że nic nie zakłóci spokojnego życia mieszkańców wsi. Ale tak się nie stało. Nadszedł wrzesień 1939 roku, wybuchła II wojna światowa. Życie mieszkańców wsi raptownie się zmieniło, stało się coś złego, coś, być może ukrywanego przez lata. Dawni sąsiedzi często stają się wrogami. Opowiadania mamy z tego czasu przepełnione są grozą i strachem.

Szczególnie trudne były lata 1943 i 1944. Psują się relacje między Ukraińcami i Polakami, wzrasta fala nienawiści Ukraińców do Polaków. Nienawiść ta rośnie w sposób niewyobrażalny. Bandy UPA dokonują okropnych zbrodni na Polakach z niespotykanym okrucieństwem, dawni sąsiedzi Polaków stają się wrogami i nieraz oprawcami. Utkwiło mi  w pamięci opowiadanie mamy o tym, jak to cudem uniknęliśmy śmierci z rąk sąsiada Ukraińca. Pewnego wieczora przyszedł no naszego domu, zachowywał się inaczej niż zawsze, dość dziwnie. Wszystkie dzieci już spały, a mama była sama w domu. Instynktownie wyczuła niebezpieczeństwo. Zaprosiła go na kolację, on zjadł i wyszedł z domu. Mama zapamiętała, że jedząc jedną ręką, drugą trzymał coś w kieszeni płaszcza. Później w przypływie szczerości powiedział swojemu znajomemu, że tamtego wieczora miał dokonań na nas egzekucji  (w płaszczu trzymał prawdopodobnie ukryty pistolet). Szczerość mamy i ta kolacja z pewnością uchroniła nas od śmierci. Od tamtego czasu musieliśmy się ciągle ukrywać.

Gdy w roku 1977 po raz pierwszy odwiedziłem rodzinną wieś wraz z braćmi i stanąłem na tej ziemi, o której tyle opowiada mama, nagle przed moimi oczami, tu zadziałała zapewne moja wyobraźnia, stanęły i odżyły tamte straszne chwile. Poczułem nagle jakiś dziwny strach, jakby to wszystko działo się wczoraj. Mijali nas Ukraińcy, uśmiechali się do nas, a ja nie mogłem uwierzyć, że ci teraz lub ich ojcowie (być może) uśmiechnięci ludzie mogli być kiedyś tak okrutni dla nas Polaków. Brat Józef, który pamiętał dokładnie tamten okropny czas, pokazał mi miejsca w Dżurkowie, gdzie kiedyś chował mnie i mojego brata Michała przed bandytami i niebezpieczeństwem. Często były to bruzdy na zaoranym polu, to znów w zaspach śniegu. Zawsze wychodziliśmy z domu, gdy było już ciemno. Bywało też, że często śnieg zasypywał nasze kryjówki.

kresy002

Każdego następnego dnia cieszył się, że być może, ocalił nas od śmieci przez banderowcami. W Dżurkowie odwiedziłem cmentarz, gdzie znajdują się groby naszego ojca Franciszka Faściszewskiego, jego brata Antoniego i trzech naszych sióstr. Ojciec zmarł w 1943 roku na tyfus. Brat Józef odnalazł grób ojca z pochylonym drewnianym krzyżem. Wówczas coś ścisnęło mi serce, a łzy popłynęły mi po twarzy. Pomyślałem: to tu leży mój Ojciec, którego nie dane było mi widzieć, kochać i cieszyć się nim, jak to robiły inne dzieci, gdyż zmarł wiosną 1943 roku, a ja urodziłem się w grudniu tego samego roku. Stary drewniany krzyż zastąpiliśmy nowym metalowym. Umieściliśmy na nim metalową tabliczkę z imieniem i nazwiskiem taty. Brak ojca odczuwaliśmy bardzo długo, najpierw jako małe dzieci, później, kiedy trzeba było Dżurków opuścić i jechać na Zachód. Starsze rodzeństwo z mamą ciągle drążyło pytanie, czy dadzą sobie radę, czy uda się wykarmić i wychować dzieci w nowym miejscu. Obca sercu ziemia była czymś nieznanym, powodowała, że powstało wiele trudnych pytań, co do przyszłości.

Kresowiacy przesiedleni - wypędzeni na Ziemie Odzyskane starali się trzymać razem, jechać w gronie rodzinnym i sąsiadów, jechać tym samym transportem, osiedlali się tuż obok siebie, dołączyć do tych, z którymi mieszkali przed wojną. Swoi gwarantowali pomoc i bezpieczeństwo w trudnych chwilach, można było oczekiwać ich wsparcia, życzliwości
i dobrej rady. Bywało też i odwrotnie, czasem egoizmy ludzi brały górę.

kresy003Mój najstarszy brat Jan w czasie okupacji hitlerowskiej został zabrany na roboty do Niemiec. Początkowo pracował w miejscowości Guben, później trafił do obozu koncentracyjnego w Gross-Rosen (dzisiaj Rogoźnica) do kamieniołomów, ponieważ był młodym i nadawał się do ciężkiej pracy. W Gross-Rosen przebywał od 17.04.1943 do 06.02.1944 roku i odrzynał numer 9606. Więźniowie ciężko pracowali w kamieniołomach. Ta ponad siły ludzkie praca dziesiątkowała słabych więźniów. Zdarzało się, że słabych więźniów SS-mani zrzucali po prostu ze skał w przepaść na pewną śmierć. Tak relacjonował Jan. Z Gross-Rosen przeniesiono go do Dachau, gdzie otrzymał numer 63143.

W 1945 roku obóz w Dachau został wyzwolony przez Amerykanów. Amerykanie robili wiele, by doprowadzić więźniów do zdrowia i umożliwić im powrót do ojczyzny. Wyzwoleni więźniowie często nie potrafili podjąć ostatecznej decyzji w tej sprawie. Jedni wracali do Polski, inni nie mieli, gdzie wracać, bo ich rodzinnych domów nie było już w granicach nowego państwa. Tak było w przypadku Janka. Amerykanie niechętnie proponowali byłym więźniom wyjazd do Ameryki lub Australii. Jan po pewnych perypetiach wyjechał jednak do Australii, gdzie założył rodzinę, pracował mieszkał w Perth-Wetern Australia, tam mieszkał do końca życia.

Z Australii Jan pisał listy do Dżurkowa, ale nie trafiały one do adresata, ponieważ nas tam już nie było. Po wojnie rodziny dość powszechnie poszukiwały swoich krewnych, znajomych i sąsiadów. Mijają lata, poszukiwania brata Jana nie przynoszą skutków. Polski Czerwony Krzyż informuje nas jedynie, że Jan Faściszewski przebywał w obozie koncentracyjnym w Dachau do 1945 roku, że dalej ślad po nim zaginął. Naturalnie uznaliśmy, że Jan nie doczekał wyzwolenia obozu przez Amerykanów i nie żyje. Po latach dość przypadkowo spotkaliśmy człowieka, który poradził nam, gdzie trzeba napisać, aby otrzymać dokładne dane o losach więźniów, którzy przeżyli wyzwolenie obozu w Dachau. Pojawia się iskierka nadziei. Napisaliśmy więc list do Archiwum Wojennego w Berlinie i podaliśmy dane personalne poszukiwanego. Stamtąd otrzymaliśmy wiadomość, że Jan jest w Australii, podano nam też nazwę miejscowości i dokładny adres. Berlin powiadamia Jana, że jego rodzina żyje i że jego poszukuje, podali mu nasz adres zamieszkania na Ziemi Lubuskiej.

W roku 1966 mama otrzymuje list od syna, którego nie widziała przez 25 lat i nie wiedziała, że żyje. Radości z tego powodu nie było końca. Pierwszy raz widzieliśmy mamę tak szczęśliwą. Gdy w 1968 roku przyjechał do Polski po raz pierwszy, to tego powitania i eksplozji radości rodzinnej nie da się opisać. My odzyskaliśmy najstarszego brata, a mama odzyskała najstarszego syna po 25-ciu latach od wywiezienia go na roboty do Niemiec. Ja oczywiście zobaczyłem go wtedy po raz pierwszy, a on o moim istnieniu nic nie wiedział. Po czułych powitaniach i wielkich emocjach pojechaliśmy z bratem Janem do obozu koncentracyjnego w Gross-Rosen, dzisiaj Rogoźnica. Gdy przeszliśmy przez bramę obozu, brat pokazał nam miejsce, gdzie stał jego barak i gdzie był plac apelowy, oglądaliśmy to w ciszy  i wielkim skupieniu. Mnie nurtowało pytanie, jak mógł coś takiego przygotować człowiek drugiemu człowiekowi. Stojący do dzisiaj komin krematorium przypomina i ostrzega przeciwko złu.

Brat Jan odwiedzał nas w Polsce jeszcze kilka razy już razem z żoną. Ja pierwszy raz  z żoną i córką odwiedziłam brata w Australii w roku 1981. Zamierzaliśmy zostać na stałe, ale klimat tamtejszy (upały) nam nie odpowiadał i po czterech latach wróciliśmy do Europy i zamieszkaliśmy w Niemczech. Tu przez 16 lat pracowałam jako restaurator zabytków. Poza restaurowaniem malowideł ściennych, fresków sufitowych itd., zajmowałem się malowaniem obrazów, ponieważ z wykształcenia jestem malarzem artystą. Mój dorobek artystyczny prezentowałem na licznych wystawach, między innymi w Dortmundzie. Moja córka ukończyła w Niemczech studia prawnicze, wyszła za mąż też za prawnika, mieszkają w Köln. Ja po latach wędrówki po świecie wróciłem do Polski i zamieszkałem w Witnicy, na pięknej Ziemi Lubuskiej.

kresy004

Po 40 latach odwiedziłem Dżurków po raz drugi w sierpniu 2018 roku. Pojechałem tam z moją siostrzenicą Danutą Lepko i jej synem Andrzejem. Andrzej mieszka ze swoją rodziną w Anglii, ale zawsze chciał zobaczyć miejsca narodzin dziadków i groby pradziadków. Pojechaliśmy na cmentarz w Dżurkowie, chwila wspomnień i wzruszeń. Na grobie ojca zamontowaliśmy nową tablicę, bo stara była zniszczona i nie można było z niej nic odczytać, oczyściliśmy płytę nagrobkową mojego stryja Antoniego, który zmarł w 1942 roku i leży pochowany obok grobu brata, a mojego taty. Odwiedziłem również mój dom rodzinny, w którym się urodziłem i który widziałem pierwszy w 1977roku. Jaka była radość, gdy dom odnalazłem, ponieważ jest odnowiony i nie mogłem go poznać. Cieszy mnie, że mieszkający w tym domu, dbają o niego. Odwiedziliśmy również Kamionkę Wielką i cmentarz w Kamionce, gdzie była plebania oraz Kościół prowadzony przez księdza Józefa Bielaka, naszego powojennego proboszcza Witnicy.

Oto krótka historia rodziny Elżbiety i Franciszka Faściszewskich. A wszystko zaczęło się tam w Dżurkowie na ziemi przodków naszych. Dziś Faściszewscy o korzeniach kresowych mieszkają w Gorzowie Wielkopolskim, Kostrzynie nad Odrą, Szczawnie-Zdroju, Starych Bogaczowicach, Chwaliszowie, Witnicy, Żarowie, Nowogrodzie Bobrzańskim i innych miejscowościach Polski. Kazimiera Faściszewska z Kamienia Małego wyjechała do USA, Maria Faściszewska do Kanady, Ryszard Faściszewski, syn Heleny i Józefa też do Kanady.

Takie było czasy i aby już nigdy nie powróciły. Wspomnienia jednak to do siebie mają, że czy chcesz, czy nie chcesz, zawsze powracają.

biuro

Co? Gdzie? Kiedy?

POLECAMY:
  
eko
 AKCJA NADAL TRWA !! !! !! 
 
AMO-1
14 listopada, g. 16:30-20:15
Szkoła Podstawowa Nr1
 
baldych
22 listopada, godz. 19
KCK Kręgielnia
 
Poznań1
23 luty, godz. 17:00
Noworoczna Gala Wiedeńska
 
zegarki-edwa

AKTUALNE NUMERY

sk9
Samorządny Kostrzyn
Nr 10/2019 - PAŹDZIERNIK 2019
 kolejny: 28 listopada 2019
 
pl9b
Przekrój Lokalny
Nr 10(80)/2019 - PAŹDZIERNIK 2019 
 kolejny: 14 listopada 2019
 
virtualnetia

INFORMACJE

plan

 
containers-377030 960 720
HARMONOGRAM
WYWOZU ŚMIECI
 
rozklad
ROZKŁAD JAZDY:
komunikacja miejska
od paździenrika 2019 r.
meble

WIDEO czyli bez komentarza....

tvp3 60
Kostrzyn w latach '60 XX wieku
(TVP Gorzów Wlkp) - część I
 
lata60-2
Kostrzyn w latach '60 XX wieku
(TVP Gorzów Wlkp) - część II
 
Kresowianie-Lubuszanie
film dokumentalny
 
Trudne początki.
Młodość na ziemiach zachodnich 1945-1956

[WIĘCEJ WIDEO]

  Adres redakcji:
Nasz Kostrzyn
Os. Słowiańskie 21/2
66-470 Kostrzyn nad Odrą
Bartłomiej Suski
redaktor naczelny

redakcja@naszkostrzyn.pl
tel. 602 663 913
Mariusz Staniszewski
redaktor sportowy

sport@naszkostrzyn.pl
tel. 693 907 200
 

znajdziesz nas w gazecie

logo